21 czerwca 2013

•027• Lady Antebellum – „Golden”

Kiedy pojawiła się informacja o premierze nowego albumu zespołu Lady Antebellum – Golden, z niecierpliwością czekałem na pojawienie się go na sklepowych półkach. Wszystko zapowiadało się dobrze – ogromny sukces poprzednich krążków, liczne nagrody oraz dobre zdanie o zespole. Po odsłuchaniu płyty doszedłem jednak do wniosku, że świetnie zobrazowałaby ona powiedzenie: ważne, by dobrze zacząć i zakończyć–środek jest nieważny.
O amerykańskim zespole grającym country pop stało się głośno w 2010 roku, kiedy dzięki drugiego studyjnemu albumowi Need You Now trafili na wysokie miejsca list sprzedaży na całym świecie, zdobywając status Złotej (np. w Irlandii, Szwajcarii czy w RPA) lub kilkukrotnej Platynowej Płyty (potrójnej w Kanadzie i poczwórnej w USA). Za sprawą tytułowego singla zgarnęli statuetki Grammy we wszystkich czterech kategoriach, w których utwór był nominowany (m.in. Nagranie i Piosenka Roku). Trzecia z kolei produkcja Lady Antebellum, Own the Night, kontynuowała dobrą passę zespołu – uplasowała się w najlepszej piątce list sprzedaży m.in. w Nowej Zelandii, Australii, Szkocji i Wielkiej Brytanii.

Najnowszy album Lady Antebellum, Golden, zaserwował mi dwanaście nowych kawałków, nagranych tradycyjnie w klimacie country z domieszką popu. Podobnie jak poprzednie płyty, krążek przepełniony został spokojnymi kompozycjami z perkusyjnym, rockowym akcentem. I to urzekło mnie najbardziej. Z czasem jednak utwory zaczęły brzmieć jak te rodem z Disneyowskich filmów dla nastolatek, co stopniowo mnie irytowało i zniechęcało do słuchania. Podczas pierwszego słuchania płyty po raz kolejny byłem pod ogromnym wrażeniem wokali obojga wokalistów. Z takimi też uczuciami chciałem dosłuchać albumu do końca. I na początku wszystko ku temu zmierzało, zapowiadało się dobrze..



Już na dzień dobry dostałem piękne Get to Me, które pobudziło mnie od pierwszego uderzenia w perkusję Chada Cromwella. Jego power, wraz z dźwiękiem basu (Michaela Rhodesa) oraz wokalami Hillary Scott i Charlesa Kelleya stworzyły niesamowitą mieszankę, która zachęciła do dalszego zapoznawania się ze złotym materiałem. Największą zaletą piosenki jest natomiast genialne solo gitar elektrycznych (Jasona Gambilla i Roba McNelleya) po każdym refrenie. Równie pozytywne wrażenie wywarł na mnie jeden z singli, Goodbye Town, który bez wątpienia należał do Charlesa oraz jego ciepłego, męskiego głosu. W partiach solowych był twardy, zdecydowany, by w duecie ze Scott brzmieć delikatniej, subtelniej. Tak samo jak w minimalistycznej Nothin’ Like The First Time, która skojarzyła mi się z obrazkiem dwojga ludzi na balkonie śpiewających do dźwięków gitary.

Downtown, drugi promujący Golden singel, zaczął się bardzo chill-out’owo. Przez ponad 3 minuty kojarzył mi się trochę z jamajskimi brzmieniami, które połączono z dźwiękami basu. Stopniowo rozwijał się w bardzo relaksującą kompozycję z genialnym a’capella Scott pod koniec utworu, którego słuchałbym na okrągło. Podobnie jak złotej perełki w postaci mocnego, ale pozostającego w klimacie popowego country Better Off Now (That You’re Gone), od którego po prostu się uzależniłem. Oczarował mnie nie tyle śpiew duetu, co nieoczekiwany dźwięk harmonijski ustnej Willa Hoge’a. Okazała się wisienką na torcie piosenki, jej punktem kulminacyjnym. A, jak wiadomo, po punkcie kulminacyjnym pojawia się tendencja spadkowa, koniec akcji. I tak też się stało z albumem.

Bardzo duże zaskoczenie pojawiło się u mnie podczas It Ain’t Pretty, które zaczęło się smooth jazzowo. Jednak po jakimś czasie stał się kolejną, szóstą już, kompozycją w tym samym klimacie. Mimo świetnego początku, zacząłem już czuć lekkie znużenie całym materiałem. Nie zdołało go złagodzić ani Can’t Stand the Rain ani tytułowe Golden, które wyłączyłem w połowie, bo nie mogłem znieść wciąż powtarzanych dźwięków i tego „słodko-pierdzącego” klimatu. Dopiero Long Teenage Goodbye, mimo beznadziejnej nazwy, przebudziło mnie. Spodobało mi się typowe dla westernowego country brzmienie oraz dźwięki perkusji, które za każdym razem zmiękczają moje serce. Tym większy ogarnął mnie smutek, kiedy po tak energicznym i pobudzającym utworze znowu zaserwowano mi banalne, rockowo-popowe All For Love, w którym podobał mi się jedynie miły klawiszowy akcent w drugiej zwrotce. Better Man, pomimo bardzo intrygującego początku, okazała się jedynie przewidywalną balladą z banalnym tekstem o miłości („I’m a better man since I love you, (…) I’ll be a better man cause I love you). Bałem się, że jak tak dalej pójdzie, to ostatni, dwunasty kawałek z Golden będzie bardzo nudnym, ckliwym utworem. Na szczęście, stało się inaczej, a najlepszy utwór z płyty, Generation Away, energicznymi brzmieniami zamknęło piąty album z dorobku Lady Antebellum.

Miałem ogromne oczekiwania wobec Golden. Chciałem otrzymać potężną dawkę muzyki country-popowej, którą znam z Lady Andebellum, Need You Now czy Own the Night i która mogłaby (tak jak dwie ostatnie) otrzymać Nagrodę Grammy w kategorii Najlepsza płyta country. Dostałem jednak kilka dobrych kompozycji przeplatanych z nudnymi, przewidywalnymi balladkami, które pasowałyby do repertuaru Miley Cyrus albo innych nastoletnich idolek. Szkoda, bo dla głosu Hillary Scott, jak i Charlesa Kelleya można byłoby stworzyć coś znacznie lepszego, a przede wszystkim, mniej banalnego. Niemniej jednak płytę warto kupić, by osobiście przekonać się o wyjątkowości perełek, takich jak Long Teenage Goodbye czy Better Off Now.
TOP 3 of the... GOLDEN:
» Get On Me
» Long Teenage Goodbye
» Better Off Now

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz