10 maja 2013

•015• MashMish – „MashMish”

Matura już na półmetku, ja już w bloku startowym gotowy na rozszerzony poziom z polskiego. Dlatego przed samym rozpoczęciem, na odstresowanie zaprezentuję Wam recenzję polsko–angielsko–hiszpańskiego materiału z debiutanckiego albumu MashMish duetu... Mash Mish!
Gosia Bernatowicz i Marcin Kuczewski, czyli zgrany duet MashMish, zadebiutowali na scenie muzycznej w 2009 roku, kiedy to powstał pomysł wspólnego projektu. Dla lata później para postanowiła wziąć udział w castingach do drugiej edycji programu Must Be The Music. Tylko Muzyka, co okazało się strzałem w dziesiątkę! Bez problemu awansowali do półfinału, a potem do finału konkursu, jednak bardzo przychylne komentarze jurorów nie wystarczyły, bo wygrać show. Oczarowany występami w programie długo oczekiwałem premiery pierwszej płyty duetu. 16 października 2012 roku w końcu ukazał się album, a ja od razu wziąłem się za słuchanie. 5 utworów w języku polskim, 5 po angielsku, a między nimi hiszpański akcent w postaci No digas mas? Może być ciekawie.

I już na samym początku niesamowite Daj mi czas w wersji mniej komercyjnej, nieprzekombinowanej. Jeżeli oglądaliście teledysk do utworu, polecam Wam też zapoznanie się z wersją z płyty, jest znacznie lepsza. Gosia Bernatowicz po prostu jest stworzona do takiego repertuaru, jej głos idealnie współgra z dźwiękiem pianina oraz perkusji. Dlatego od razu spodobała mi się także następna kompozycja – Cud. Nie bez przyczyny utwór nosi taki tytuł – jest to delikatnie pieszcząca uszy i kradnąca nawet najzimniejsze serca mieszanka świetnego wokalu i profesjonalizmu pod każdym względem. Po odsłuchaniu trzech kolejnych aranżacji - emocjonalnego Kadru, spokojnego Ucieknijmy oraz fenomenalnego Nieznajomi (bez wątpienia najlepszy numer z płyty!) zastanawiałem się, czemu MashMish nie zrobił jeszcze ogólnopolskiej kariery i nie przebił się na rynku muzycznym. Bardzo przemyślane kompozycje i charakterystyczny głos w połączeniu z przepięknie brzmiącą polszczyzną zasługują co najmniej na miejsce na szczycie list przebojów.

Ale starczy słodzenia. Gosia ma tak piękny polski akcent, że śpiewanie w innym języku jest zupełnie niepotrzebne. Oczywiście, Secrets czy Sweet and sour to bardzo dobre kompozycje, ale po co niszczyć największy walor płyty średnio-dobrą angielszczyzną? Po polsku wszystkie piosenki brzmią dojrzalej, jakby wychodziły z wnętrza wokalistki. Angielski zalatuje sztucznością, czymś nienaturalnym. Nawet tekst polskich utworów jest ciekawszy, mniej banalny, niż angielski (np. w Why? mamy: „Night by night you still in my mind (...)”). Oczywiście, perełką jest Tears, którego z pewnością nie powstydziłaby się żadna zagraniczna wytwórnia płytowa. Niemniej jednak w pełni polski repertuar to coś, co w przypadku duetu Mash Mish jest czymś jak najbardziej wskazanym. 

A jak na tle polsko-angielskiego materiału brzmi rodzynek, hiszpańskojęzyczne No digas mas? Genialnie palmas oraz dźwięki gitary flamenco oddają klimat nadmorskiego kraju, ale to nie wystarczyło, bym jakoś zapamiętał ten utwór. I bez wątpienia jest to najsłabsza kompozycja z całego albumu

Ale może Wam się spodoba? Może dojdziecie do innych wniosków dotyczących anglojęzycznych utworów z płyty? A może, tak jak ja, zakochacie się w polskich kawałkach z albumu i z niecierpliwością będziecie czekali na kolejny krążek duetu Mash Mish? Mam nadzieję, że w wolnym czasie zapoznacie się z tą naprawdę wyjątkową płytą i zapomnicie o całym świecie słuchając nieprawdopodobnej barwy Gosi Bernatowicz, utoniecie w dźwiękach pianina i zostaniecie oczarowani ciepłem, które płynie z każdej sekundy każdego utworu?
TOP 3 of the... MASHMISH:
» „Nieznajomi
» „Kadr
» „Ucieknijmy”

7 maja 2013

•014• Chris Brown – „Fortune”

Tuż po maturze z polskiego („cyborgi świata łączcie się...”) i sprawdzeniu wyników musiałem się odstresować i odmóżdżyć. Dlatego od razu chwyciłem za nową płytę Chrisa Browna  Fortune (Deluxe Edition).
Kariera Christophera Maurice'a Browna rozpoczęła się w wieku 11 lat, kiedy to jego matka odkryła w nim talent wokalny i zaczęła szukać kontaktów do producentów branży muzycznej. Rok 2004 przyniósł kontrakt z Jive Records. Już kilka miesięcy później Brown nagrał swój pierwszy album (Chris Brown), który promował singel Run It!. Płyta pokryła się podwójnej platyny. Trzy lata później zyskał miano najlepszego wokalisty na Kids Choice Awards oraz najpopularniejszego artysty R&B przez telewizję BET. Pojawił się w kilku serialach telewizyjnym, w dramacie muzycznym Stomp the Yard i świątecznym filmie This Christmas. Nagrał album Exclusive z Kiss Kiss jako singlem głównym. 

Największy rozgłos przyniósł mu związek z Rihanną (której Unapologetic opisałem jakiś czas temu), o którym zaczęto plotkować na początku 2008 roku. Rok później wybuchł skandal z udziałem Chrisa, kiedy to wyszło na jaw, że pobił swoją dziewczynę. Wtedy to wiele firm wycofało się z kampanii reklamowych z jego udziałem, rozgłośnie radiowe zbojkotowała go. Po jakimś czasie para jednak wróciła do siebie, a piosenkarz ponownie zaczął zdobywać zaufanie i sympatię fanów. Pod koniec 2009 roku ukazała się płyta Graffiti, a w lutym 2011 roku - F.A.M.E. zachowane w klimacie R&B.

2 lipca 2012 roku premierę miał najnowszy album Browna  Fortune. Poza gościnnymi występami z Pitbullem nigdy nie zapoznawałem się z jego twórczością solową. Dlatego zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Okładka intrygowała   tajemnicze symbole zaciekawiły. Ale już od pierwszego utworu, Turn Up the Music wiedziałem, że będzie to kolejna radiowa papka pt. David Guetta i inni. O ile na początku był to nawet wpadający w ucho kawałek, a mocne uderzenie na początku mi się spodobało, nie wiązałem zbyt wielkich nadziei z pozostałą zawartością płyty. A gdy usłyszałem komputerowo przerabiany głos, zwątpiłem w album całkowicie. Ostatecznie jednak pierwsza piosenka pozostawiła głównie dobre skojarzenia. Z lekką niepewnością i pewną obawą o moje uszy kontynuowałem słuchanie.

Niestety, potem było już tylko gorzej. Efekt „robot-voice”, którego naprawdę nienawidzę, wszechobecny dubstep oraz brak chwytliwości w Bassline i Till I Die (nagrany z Big Seanem i Wiz Khalifą), beznadziejny tekst, a także ogromna wtórność materiału od pierwszej sekundy Party Hard/Cadillac (Interlude) postawiły duży minus przy płycie. Walorem trzeciego tytułu było jedynie ponadminutowe a'capella w wykonaniu Browna i Sevyn. Czyste, bez zarzutu. Gdyby cała płyta była w takim charakterze, byłoby magicznie. W pierwszym miałem momentami wrażenie, że Brown inspiruje się muzyką Beyoncé, a w drugim – piosenkareczkami pokroju Nicky Minaj.

Strip nagrane w duecie z Kevinem McCallem oraz Trumpet Lights z pewnością niebawem staną się hitami, bo idealnie komponują się z tym, co teraz słyszymy w niektórych, słabszych rozgłośniach. Atmosferę Konkursu Piosenki Eurowizji usłyszałem natomiast w Don't Wake Me Up. I mimo, że momentami brzmiał trochę jak Euphoria Loreen, wpadł mi w uszy od razu. Równie szybko jednak stamtąd wyleciał. 

Mirage (feat. Nase) jest bez wątpienia najlepszym kawałkiem z Fortune – prawdziwy hip-hop z niezłym flow. Kolejny utwór, Don't Judge Me, zawiera natomiast najlepszy tekst (co na tej płycie jest rzadkością). Przez cały czas słuchania tego numeru miałem nieodparte wrażenie, że śpiewa o wciąż głośnym konflikcie z Rihanną sprzed kilku lat. 2012 pokazał dość niezłe możliwości wokalne Browna, których jednak na większości utworów nie usłyszymy. Zabrakło mi w nim poweru, ale na skromnym tle muzycznym prezentował się całkiem dobrzeSweet Love skojarzyło mi się natomiast z muzyką typową dla boysbandów lat 90. Bonusowa wersja albumu zawierała dodatkowe 5 numerów, w tym nijakie Tell Somebody, spokojne, nieco liryczne Free Run ze słabym tekstem oraz mocne Wait For You.

Mówiąc najkrócej, jak się da: Fortune polecam jedynie zagorzałym fankom Chrisa Browna i ludziom, których uszy nie mają jakiś większych wymagań. Dla całej reszty będzie to komputerowo przerabiana, pseudo-eletroniczna, nudna płyta ze słabymi utworami i banalnymi tekstami, ale momentami z całkiem dobrym wokalem piosenkarza (zwłaszcza w a'capella i bez kombinowania z „efektem cyborga”). 
TOP 3 of the... FORTUNE (Deluxe Edition):
» „Mirage”
» „Wait For You”
» „Sweet Love”

3 maja 2013

¤013¤ O.S.T.R. & Hades – „Haos”

Bomba, pozytywne zaskoczenie i świetna „wczuta” już od pierwszego utworu. Tak chciałbym zacząć dzisiejszą recenzję nowego albumu Haos O.S.T.R.'ego i Hadesa. Ale zacznę, tradycyjnie, od krótkiego „lajf-story” raperów.
Adam Ostrowski, czyli O.S.T.R., ukończył łódzką Akademię Muzyczną w klasie skrzypiec, a karierę solową zaczął w 2000 roku. W swojej twórczości porusza tematy polityki, korupcji i problemów społecznych. Od 2002 roku regularnie otrzymuje nominacje do Fryderyków w kategorii album roku hip-hop/R&B/reggae, a dwukrotnie wygrał statuetkę (za płyty HollyŁódź i O.c.b.). 
Łukasz Bułat-Mironowicz aka Hades, znany jest przede wszystkim z wieloletnich występów w zespole HiFi Banda. Jego doświadczenie muzyczne jest znacznie uboższe od O.S.T.R.'ego, ponieważ karierę zaczął w 2011 roku. Jego debiutancki album, Nowe dobro to zło, znalazł się jednak z bardzo dobrym odbiorem.

Niedawno raperzy postanowili połączyć siły i nagrać wspólnie album. Owocem współpracy jest Haos wydany 26 lutego. Teraz dopiero mogę napisać: Bomba, pozytywne zaskoczenie i świetna „wczuta”  już od pierwszego utworu! Wielki plus za sam pomysł na okładkę – masę kreatywności i dobre wykonanie. Ale okładka okładką, a najważniejsze jest przecież na płycie. A tu, jak powiedziałem – na początku wielka bomba! Oczywiście, nadal rażą mnie niepotrzebne wulgaryzmy w tekstach hip-hopowych, ale to przekaz sprawia, że słucham każdego utworu i czerpię z niego nowe nauki, rady życiowe

W Haosie dominuje ukazanie miłości do muzyki. Większość utworów ma też inną, równie ważną wiadomość dla słuchacza. Czas dużych przemian głosi ciągłe czerpanie dziecięcej wręcz przyjemności z robienia tego, co się kocha (tutaj: radość z tworzenia nowych tekstów, utworów). To piękne, jak artysta robi to, co robi, pomimo trudnych czasem chwil zwątpienia. Tekst numeru Bądź słuchaczem mówi o docenianiu pracy raperówIdealnego świata o tolerowaniu każdego człowieka, natomiast słowa Psychologii tłumu odzwierciedlają opinię raperów o pozostawaniu sobą, nieuleganiu tłumowi, zazdrosnej o sukces zbiorowości. Szkoda, że końcówka utworu całkowicie zepsuła mi jego pozytywny odbiór (fragment jest nie do zacytowania...). Na szczęście część kawałków kończą miłe dla ucha jazzowo-soulowe urywki.

Najmocniejszy tekst ma Powstrzymać cię mówiący o beznadziejnej sytuacji w kraju: narzekających na kraj bogaczy, braku pracy dla inteligentnych ludzi. Szkoda tylko, że te przykłady to jedne z nielicznych świetnych fragmentów płyty. Na albumie znalazło się kilka numerów, które w ogóle mnie nie poruszyły i są według mnie zupełnie zbędne (Sugar Haze, Wyżej). Kilka tekstów jest „o wszystkim i o niczym”, nie zapadają w pamięć. Przeważa wulgarność oraz brak mądrej puenty.

Mimo początkowego dużego zauroczenia płytą, z utworu na utwór Haos opanowuje coraz większy chaos (!) i bałagan. Największy plus to zabawne urywki z kreskówek lub melodyjny jazz na koniec utworów oraz kilka celnych spostrzeżeń obu raperów o świecie. Szkoda jednak, że na szesnaście numerów zaledwie kilka. Mimo słabego odbioru niektórych utworów, całej płyty słucha się całkiem dobrze. Krążek polecam fanom rapu, O.S.T.R.'ego i Hadesa. Innych zachęcam do posłuchania albumu, by usłyszeć opinie raperów o świecie, zauroczenie muzyką. Polecam też wszystkim po to, by godzinami zachwycać się genialną okładką! 
TOP 3 of the... HAOS:
» „Powstrzymać cię”
» „Czas dużych przemian”
» „Psychologia tłumu”